Zamknij
REKLAMA

Zdegenerowani osobnicy pastwili się nad więźniami... - przerażająca historia obozu pracy w Kucharach Żydowskich

11:50, 02.03.2020 | za Notatki Płockie 34/4-141/nadesłała: Agnieszka Sabalska/zredagował DT
Skomentuj
Podczas drugiej wojny światowej w Kucharach Żydowskich funkcjonował nazistowski obóz pracy przymusowej. Przebywali w nim więźniowie pochodzenia żydowskiego. W 1979 r. w miejscu dawnego obozu został odsłonięty pomnik ku czci ofiar [Foto: jewishplock.eu]
REKLAMA

Na terytorium okupowanej Polski robotnicy przymusowi skoszarowani byli w 1789 obozach pracy. W tzw. rejencji ciechanowskiej rozlokowane były, w okresie okupacji, 43 obozy pracy i karne obozy pracy, które w rzeczywistości spełniały funkcje obozów zagłady. Oto historia kolejnego z nich, zlokalizowanego we wsi Kuchary Żydowskie w gminie Sochocin, zapisana na kartach Notatek Płockich z 1989 roku w rozdziale pt.: ,,Obozy pracy w rejencji ciechanowskiej" Marka Tadeusza Frankowskiego.  

Na wschód od Płońska, leży wioska Kuchary. Tu w listopadzie 1940 roku Niemcy utworzyli obóz pracy. Przebywali w nim Polacy i Żydzi. Przeciętnie więziono w nim 150-200 osób. Obóz utworzono w niewykończonym budynku składającym się z kilku izb. W dwóch pomieszczeniach umieszczono więźniów, w pozostałych izbach przebywali wartownicy. Teren wokół budynku ogrodzono drutem kolczastym. Warunki, w jakich przebywali więźniowie, były prymitywne. Mała powierzchnia pomieszczeń i duża ilość zatrzymanych powodowała ciasnotę w celach. Więźniowie leżeli na betonie. Brak było pryczy. Tylko czasami rzucano więźniom nieco słomy na beton. Układali się na komendę na jeden bok i na komendę przewracali na drugi. 

„(...) Spaliśmy w tak ciasnym pomieszczeniu, że leżąc na podłodze przykrytej niewielką ilością słomy leżeliśmy na plecach, a nogi każdy z nas miał na klatce piersiowej drugiego. Gdy któryś z nas chciał się przekręcić na drugi bok, to musiał obudzić leżących wokoło siebie mężczyzn (...)".

Antysanitarne warunki zaprzeczały nawet najprymitywniejszym wymogom higieny. Odczuwano dotkliwy brak wody do mycia, co uniemożliwiało zachowanie podstawowych wymogów czystości.. Podczas pobytu w obozie więźniowie nie otrzymywali żadnej bielizny osobistej i pościeli. W słomie, na której spali, gnieździły się wszy. 

„(...) Po krótkim pobycie w obozie, dłonie moje — wewnątrz na zgięciach — od młota i mrozu były popękane i z głębokimi ranami. Wszy i inne robactwo gnieździły się na naszych ciałach, wprost nie do uwierzenia. Gdy na przykład ruszyłem ręką po piersi, nazgarniałem wielką ilość różnego rodzaju robactwa. Całe ciało moje pokryte było siedzącym w ranach i porach robactwem".

Praca w obozie trwała 12 godzin. Nakładano normy, których osłabieni głodem i złym traktowaniem więźniowie nie mogli wykonać. 

„(...) Oprawcy dozorowali wykonanie narzuconej normy pracy. Wiedzieli, że nikt z nas nie jest w stanie jej wykonać. Każdy brukowiec trzeba było potłuc na drobne kawałki. Na lewo i prawo sypały się uderzenia kolbami i kijami. Wielokrotnie szczuto nas psami. Wokół rozlegały się płacze i jęki. Zdarzały się wypadki ucięcia palców, poważnych obrażeń ciała i potłuczeń przy pracy (...)".

Głównym zadaniem strażników było zapobieganie ucieczce i pilnowanie prawidłowości wykonywanej pracy. Dawało to, zdegenerowanym osobnikom, możliwość pastwienia się nad więźniami. Szczególnie podłym i okrutnym strażnikiem był volksdeutsch Lura. O jednym, aczkolwiek nie odosobnionym, z jego wyczynów tak opowiadał Z. Otyś: 

„(...) Osobnik ten pod koniec 1941 roku, gdy siedziałem na kamieniu i tłukłem duże kamienie na drobne, kopnął mnie w okolicę nerek. Gdy upadłem wijąc się z bólu, nie mogłem złapać powietrza, on dalej mnie kopał, poszczuł mnie psem, który to pies poszarpał mnie za włosy i ubranie.(...)".

Po tym skatowaniu więzień przez kilka tygodni ciężko chorował. Strażnicy otwarcie demonstrowali nienawiść i brutalność wobec więźniów. Pod jakimkolwiek pretekstem zarządzono różnego rodzaju karne ćwiczenia, które były jeszcze jednym sposobem maltretowania umęczonych ludzi. 

„(...) Po skończonej pracy ustawiono nas szóstkami w grupy, a oprawcy z krzykiem biegiem, padnij, powstań, czołgaj się — pędzili nas przez kolczaste krzaki i dzikie róże i dołki, a w czasie roztopów przez błota i kałuże (...) 

Na tych, którzy nie dość sprawnie pracowali, czekał „sąd", który wymierzał winnym karę. To co widział i przeżył Z. Otyś było udziałem i innych więźniów. 

„(...) Otóż stało tam kilku zbirów z SA z długimi, grubymi gumami. Wykrzykując, że nie wyrabia się nałożonej normy, bili nas gumami, gdzie popadło. (..) Następnie za włosy i podarte ubranie wyrzucono nas do ogólnej sali i wywoływano następnego (...)". 

Bicie takie kończyło się nie tylko poprzecinaniem skóry, ale często powodowało wewnętrzne obrażenia. Dla „urozmaicenia" obozowej monotonii strażnicy organizowali swoistego rodzaju zabawy, które dostarczały im rozrywki. Na dziedzińcu, przy kilku a nawet kilkunostostopniowym mrozie, rozebrani więźniowie zmuszeni byli do prowadzenia między sobą walk bokserskich, wykonywania różnych ćwiczeń gimnastycznych. Osłabionych bito gumami i kijami. Po tych ćwiczeniach dla „zachowania czystości więźniowie musieli myć się na mrozie.

Tych, którzy w jakikolwiek sposób okazywali — zdaniem wachmanów — wrogi do nich stosunek zabijano. Wystarczyło, że więzień nie zdjął czapki przed wachmanem, by został zatłuczony kijami. Zabijano także bez powodu, aby zastraszyć pozostałych więźniów. Eugeniusz Kubicki podczas pobytu w obozie widział zwłoki więźnia przywiezionego z Grudziądza.

„(...) widziałem jego zwłoki o piątej rano, gdy wisiały na parkanie z drutu kolczastego, a strażnicy powiedzieli nam więźniom, iż my tak będziemy wisieć na tych drutach jeżeli będziemy uciekać z obozu (...)

Wśród więźniów krążyła opinia, że strażnicy zastrzelili tego mężczyznę wcześniej, a dopiero potem zwłoki powiesili na drutach, pozorując w ten sposób ucieczkę. Głodowe racje żywnościowe nie pokrywały zapotrzebowania organizmu. Na śniadanie i kolację wydawano kromkę chleba i kubek niesłodzonej kawy. Czasami tylko dokładano nieco buraczanej marmolady lub kilka gramów margaryny. Na obiad dawano miskę wodnistej zupy z brukwi, liści kapusty lub innego zielska. Produkty te często były nadpsute, pozbawione tłuszczu, o obrzydliwym smaku, niedogotowane. Niedobór białka w pożywieniu powodował, po krótkim nawet pobycie w obozie, obrzęki głodowe. 

Trawieni głodem, niszczeni pracą ponad siły i nieludzkim biciem więźniowie ostatkiem sił walczyli o każdą chwilę życa. Co jakś czas wachmani dokonywali w obozie selekcji. Wycieńczonych, nie mogących pracować, dzielono na dwie grupy. Jednych w stanie skrajnego wyczerpania biologicznego zwalniano z obozu do domu, innych wywożono w nieznanym kierunku... W sposób szczególnie zwyrodniały wachmani pastwili się nad więźniami narodowości żydowskiej. Wyczerpanych mordowano. Więzień E. Kubicki był świadkiem wywożenia dwóch grup Żydów, liczących łącznie 50 osób 100. Należy sądzić, że wszyscy zostali zamordowani w pobliżu obozu. 

Egzekucji dokonywano także w samym obozie. Józef Woźniak stwierdził, że w obozie zamordowano 16 kobiet, „które ujęto nad granicą, gdy usiłowały przewieść żywność z powiatu płońskiego na teren powiatu nowodworsko-mazowieckiego. Nocą je przywieziono do obozu i przed świtem rozstrzelano. Zwłoki zakopano nieopodal obozu.

Obóz w Kucharach zlikwidowano w listopadzie 1941 roku. Ogółem przez obóz przeszło około 5 tys. osób. Podczas likwidacji obozu pozostałych przy życiu więźniów wywieziono do obozu w Dalanówku. 

[DAWNY]1583146588725[/DAWNY]

(za Notatki Płockie 34/4-141/nadesłała: Agnieszka Sabalska/zredagował DT)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

REKLAMA