Zamknij
REKLAMA

Mam też taką nadzieję, że moja przygoda będzie nauczką dla młodych zawodników! - M. Załęcki [Wywiad PwS]

14:19, 24.11.2020 | D.T
Skomentuj Zostaję w Nowym Mieście i walczymy! - mówi Maciej Załęcki [Foto: Płońsk w Sieci]
REKLAMA

Gdy odchodził ze swojej ukochanej Tęczy 34 Płońsk wielu wróżyło mu fajną piłkarską karierę. Kierunek nieprzypadkowy - ekstraklasowa Korona Kielce. Czego zabrakło do końcowego sukcesu? Zdrowia, i jak sam powtarza, sumienności. O swojej przygodzie życia Maciej Załęcki, obecnie piłkarz nowomiejskiej Sony, opowiedział naszemu redaktorowi, Krystianowi Jobskiemu. 

KRYSTIAN JOBSKI: Zacznijmy od podsumowania rundy jesiennej, która zakończyła się przed kilkoma dniami. Sona Nowe Miasto jest rewelacją rozgrywek i na półmetku sezonu plasuje się na 4. miejscu w tabeli ligi okręgowej. Jak to się stało?

MACIEJ ZAŁĘCKI: To bardzo proste - w końcu mieliśmy wszystkich zdrowych zawodników. Bardzo dobrze przetrenowaliśmy ten wyjątkowo długi okres przygotowawczy. Tu akurat zasługa trenera Bartosza Kaczora, który to wszystko poukładał po nieudanej rundzie. Zebraliśmy się jako drużyna i pokazaliśmy, że niekoniecznie jakieś tam umiejętności, ale kolektyw i zorganizowana gra mogą dać wysokie miejsce.

Wróćmy na chwilę jeszcze do poprzedniego sezonu. Jak wszyscy wiemy, nie udało się wtedy dokończyć rywalizacji i decyzją związku sezon został zakończony po 15 kolejkach, a Wy utrzymaliście się z dwoma punktami na koncie. Zdaje sobie sprawę, że ciężko jest wracać pamięcią do tych momentów. Zdarzały się hokejowe porażki 0:10, 1:15. Co było tego przyczyną? Spośród tych kilkunastu spotkań widziałem jeden dobry mecz w Twoim wykonaniu. Mam na myśli rywalizację z Iskrą Krasne. Trener postanowił Cię sprawdzić w tym meczu na pozycji „9”, strzeliłeś bramkę i zanotowałeś asystę. Teraz mogę śmiało powiedzieć, ze jesteś najlepszym obrońcą ligi z 6 bramkami oraz 4 asystami na koncie. Skąd ta zmiana? Próbowaliście wszystkich wariantów z nadzieją, że w końcu się uda?

Trochę tak. Ale tak jak wcześniej wspomniałem, trapiły nas kontuzje. Nie mogliśmy znaleźć  takiego ustawienia, które by nam pasowało. Kombinowaliśmy, a to nam nie dawało punktów. Fakt, wyszedł mi ten mecz, ale ja, typowy zawodnik defensywny znalazłem się na „9”, to świadczy o tym, że poszukiwania złotego środka ciągle trwały. Koniec końców mieliśmy dużo czasu do analizy, porozmawialiśmy z trenerem, gdzie to wszystko fajnie ułożyć, i jak widać, w miarę to wyszło.

Jakie cele na rundę wiosenną?  Na co stać 'gang Kaczora', jak określa Wasza drużynę wójt gminy Nowe Miasto, Sławomir Zalewski?

Wydaje mi się, że stać nas na wszystko. Na początku skreślano nas po pierwszym meczu (porażka 0:8 z Koroną Szydłowo – przyp. red). Wszystkim wydawało się, że będzie tak jak wcześniej, a pokazaliśmy, że z każdym możemy grać jak równy z równym czyli stać nas na wszystko. Planem na pewno jest podtrzymanie tej samej równej gry, nieprzegrywanie meczów u siebie, i to da nam fajna pozycję w ostatecznym rozrachunku.

Zostawmy na razie Sonę. Chciałbym z Tobą porozmawiać również na temat Twojej przeszłości. W wieku 14 lat opuszczasz płońską Tęczę 34, aby dołączyć do drużyny juniorów Korony Kielce. Dlaczego akurat taki kierunek?

O wszystko trzeba zapytać mojego byłego trenera, czyli Mariusza Unierzyskiego, którego oczywiście gorąco pozdrawiam. Zaczęło się od niego, prowadził rocznik 1995 w Tęczy 34 Płońsk i po pierwszej rozegranej rundzie, za dobre występy mnie  i Adasia Zająca - dzięki swoim kontaktom - „zaprosił” na testy do Kielc. Nikt się nie spodziewał, że tak to się rozwiąże. To miała być nagroda, a wyszło jak wyszło i koniec końców każdy był szczęśliwy.

Jakie masz wspomnienia z początkami w tym klubie? O ile mnie pamięć nie myli, było się na kim wzorować. W sezonie 2010/2011 barwy zespołu z województwa świętokrzyskiego reprezentowali m.in.: Aleksandar Vukovic, Paweł Golański, Maciej Korzym, Andrzej Niedzielan oraz Dawid Janczyk. Chociaż ostatni z wymienionych to słaby przykład do naśladowania (śmiech).

W moim początkach w Koronie nie miałem zbyt dużej styczności z pierwszą drużyną. Bardziej chciałem się zaaklimatyzować w swoim roczniku i zapoznać się z tym, co się dzieje wokół szkoły, internatu. Po roku, dwóch to oczywiście było łatwiejsze, jak już czułem się dobrze w tym miejscu. Ale wspomnienia mam znakomite.  Do dziś jeżdżę do przyjaciół mieszkających w Kielcach, odwiedzam ich i bardzo się z tego powodu cieszę.

Do tematu byłego już trenera Legii jeszcze wrócimy. Dosyć szybko miałeś okazję obcować z wspomnianą pierwszą drużyną. To musiało być spore wyróżnienie i docenienie Twoich udanych występów zarówno w CLJ jak i w drugim zespole.

Jak się nie mylę, to zaczęło się w 2013 roku. Trener Jose Rojo Martin "Pacheta" po pierwszej rundzie rozegranej w III lidze zabrał mnie już w zimę na pierwszy obóz do Kleszczowa. Tam się chyba dobrze zaprezentowałem, co zaowocowało powołaniem na następny obóz do Hiszpanii. To była moja pierwsza styczność z „jedynką”. To było mega wyróżnienie. Byłem wtedy najmłodszym grającym zawodnikiem zespołu rezerw i tylko mnie wtedy wyróżniono.

Jednak po obozie zaczęła się Twoja wędrówka związana z wypożyczeniami do różnych zespołów, między innymi II-ligowej Kotwicy Kołobrzeg, czy I-ligowego MKS-u Kluczbork.  W obu zespołach odgrywałeś dosyć ważną rolę. 12 spotkań na zapleczu Ekstraklasy oraz 16 na trzecim poziomie rozgrywkowym w naszym kraju robią wrażenie, jak na wówczas 20-letniego zawodnika.

Za to mogę podziękować trenerowi Bartoszkowi, jedynie on usiadł ze mną i powiedział jak to będzie wyglądać w moim przypadku. Postawił sprawę jasno, miałem iść najpierw na wypożyczenie, a później będziemy myśleć. Wcześniej trenerzy, po prostu trenerzy, obiecywali mi, że im lepsza będzie moja postawa w rezerwach, czy też Młodej Ekstraklasie, to szybciej zaowocuje to jakimś debiutem. Później wspomniany szkoleniowiec pomógł mi w znalezieniu klubu w I lidze. Po czym wróciłem, zmienił się Zarząd, przyszli Ci Niemcy niefortunni, o których teraz tak głośno w Kielcach i musiałem zrezygnować z tego klubu. Włodarze obiecywali mi inne wypożyczenia, a tak skończyłem w III lidze.

Co ciekawe, wraz z kolegami z Kluczborka masz udział w dymisji Jerzego Brzęczka...

Tak! Tak! (śmiech). Przychodzę do klubu, który zamyka tabele I ligi. Zbliżała się majówka, trener nam obiecał, że jeśli „pykniemy” walczące o awans GKS Katowice, które prowadził obecny selekcjoner naszej kadry, to daje nam cztery dni wolnego. To nas w sumie chyba tak trochę zmotywowało (śmiech). Wiadomo jak czasami wyglądają mecze outsidera rozgrywek z drużyną z czołówki, może wydarzyć się wszystko. Pamiętam jak dziś, kibice katowickiego klubu nie pozwalali wyjść po meczu swoim zawodnikom i trenerowi  z szatni, a po powrocie do domu dowiedziałem się o zwolnieniu ”Wuja”.

W wspomnianym meczu występowałeś przeciwko obecnemu reprezentantowi seniorskiej reprezentacji Kamilowi Jóźwiakowi. Czy wówczas, w maju 2017 roku było widać u tego zawodnika "international level”, jak mawiał Leo Beenhakker?

Pamiętam, wszedł wtedy z ławki i już w pierwszym kontakcie zrobił mnie jak młodego. Od razu dostał tzw. sanki, więc na dużo mu nie pozwoliłem. Ale widać było tą dynamikę, ten drybling. Było wiadomo, ze coś będzie z tego chłopaka.

W tym samym roku miałeś okazję grać również przeciwko przyszłemu królowi strzelców Ekstraklasy. Jak wspominasz tą rywalizację?

Mówisz teraz o Igorze Angulo? Już sama otoczka tego spotkania przypadła mi do gustu. Zarząd Kluczborka udostępnił kibicom Górnika Zabrze jedną całą trybunę. To był naprawdę fajny mecz przy dopingu 6-7 tysięcy kibiców. W ten meczu akurat wejście miałem słabe, bo 'zrobiłem' karnego, którego na całe szczęście nasz bramkarz obronił. Później się rozkręciłem i udało się go „schować do kieszeni”, wygraliśmy z przyszłym ekstraklasowcem 2:1.

Niezbędne doświadczenie zdobyte. Czas wracać do Kielc. Co było dalej? Jak potoczyły się losy utalentowanego piłkarsko płońszczanina?

Przyszedł czas na  trzecioligowego Spartakusa Doleszyce. Trenerem tej drużyny był były zawodnik i dyrektor sportowy Korony - Arkadiusz Bilski. Podczas pobytu w Kielcach byłem jego „synkiem”. Wiązał z moim przyjściem do tej drużyny ogromne nadzieje. Obiecał, że po pół roku załatwi mi jakiś klub pierwszoligowy lub drugoligowy. Dlatego też zdecydowałem się na taki krok. Wiedziałem, że w Koronie nie mam czego szukać, kończył mi się wiek młodzieżowca. W tej sytuacji gdybym zrzekł się pieniążków, to klub puściłby mnie bez problemu. Drużyna, która by mnie pozyskała, nie musiałaby płacić ekwiwalentu za wyszkolenie. Jeśli miałbym przeczekać te pół roku na umowie i pobierać wynagrodzenie, to kolejny klub w mojej przygodzie musiałby zapłacić za moje wyszkolenie. Tak naprawdę nikt by nie zapłacił około 20-30 tysięcy, więc byłbym bez klubu przez rok. Dlatego zdecydowałem się na tego Spartakusa.

Trener Bilski obiecał mi Widzewa Łódź, w tym czasie szkoleniowcem tego zespołu był Franciszek Smuda. Dostałem telefon: „Maciek pojedziesz w ciągu tygodnia do Widzewa na testy”. Ucieszyłem się z tego powodu, zacząłem przygotowywać się do tego wyzwania. Ale już później telefonu od trenera Bilskiego nie dostałem (śmiech).

W Daleszycach nie chciałem zostać, klub słabo prosperował pod wieloma względami. Poszedłem do Broni Radom, która wydawała się fajną opcją.  Wicelider tabeli, bardzo ładny stadion, dobre pieniążki, warunki drugoligowe - można powiedzieć. Początek był obiecujący, wygrywaliśmy praktycznie z każdym. Niestety, życie tak się potoczyło, że zacząłem z Płońska dojeżdżać do Radomia. Nie byłem w stanie pojawiać się tam zbyt często. Moja obecność ograniczyła się do jednej jednostki treningowej w tygodniu.

Mecz Broni Radom z Pilicą Białobrzegi zapamiętasz chyba do końca życia. Zagrałeś zaledwie pięć minut i zszedłeś skarżąc się na potworny ból kolana. Diagnoza brzmiała jak wyrok – zerwane więzadła. To był punkt zwrotny w dotychczasowej przygodzie z piłką. Wszystko wskazywało na to, że nie wrócisz na zielona murawę dosyć szybko.

To niestety prawda. Nigdy nie miałem do czynienia z żadną większą kontuzją. Nie miałem za dużo treningów, nic nie robiłem, nie pracowałem nad sobą. Wyszedłem po prostu na mecz, chwila nieuwagi, kolano uciekło i efekt już znamy. Może nie był to wielki ból ale świadomość tego, co mi się stało strasznie mnie załamała. Ciężko mi było się po tym podnieść. Odwlekałem operację, w końcu, gdy ją zrobiłem, to już troszkę kilo nadwagi złapałem. Ale wtedy pomocną dłoń wyciągnął do mnie mój obecny trener, Bartosz Kaczor i powoli, powoli wychodzę z tego dołka.

Wróćmy na chwilę do obecnego sezonu. Na to co teraz powiesz, mam nadzieję, czeka wielu lokalnych kibiców. Maciek, co dalej?

Pytanie idealnie trafia w moment. Zastanawiałem się na sobą. Zostać w Sonie, czy odejść do drużyny, która plasuje się wyżej. Uznaliśmy razem z trenerem, Zarządem oraz ludźmi pracującymi przy klubie, mam tu na myśli naszą kochaną Monię, którą bardzo serdecznie pozdrawiam, że nie ma sensu, abym odchodził do drużyny z tej samej ligi, bo rywale pozostają bez zmian. Tutaj jestem w stanie pomóc, tutaj zżyłem się z cała bandą Kaczora. Gdyby zgłosiła się drużyna z wyższego poziomu rozgrywkowego, to bym odszedł i mam nadzieję, że każdy to zrozumie. Ale zostaję w Nowym Mieście i walczymy!

Pomimo młodego wieku, masz dopiero 24 lata, Twoje doświadczenie może zaowocować w inny sposób. Z tego co wiem, masz już nieoficjalny debiut jako trener grup młodzieżowych. Myślisz, że jest to odpowiedni kierunek dla Ciebie?

Ten debiut to po części również zasługa trenera Kaczora. Choroba nie pozwoliła mu na wzięcie udziału w turnieju dla dzieci i nie chcąc rozczarować swoich podopiecznych, poprosił mnie o zastępstwo. Dawno nie odczuwałem takiej radości z piłki, patrząc na te dzieci. Udzielałem im pewnych wskazówek, a oni „zapaleni” tym o czym mówię i pewnie trochę zapatrzeni w moją osobę, walczyli i zostawiali na placu gry całe swoje serducho.  Jak teraz o tym mówię, to przechodzą mnie ciarki po plecach. To jest to, co chciałbym za niedługo robić! Trenować dzieci i odnosić z nimi sukcesy. Ale przede wszystkim uczyć ich tych podstaw, bo granie w piłkę nie jest trudne. Pewne rzeczy, takie podstawy ułatwiają naprawdę dużo i później można grać na fajnym poziomie.

Chciałbyś coś przekazać młodym adeptom piłki nożnej w naszym regionie?

Mam też taką nadzieję,  że moja przygoda będzie nauczką dla młodych zawodników. Chciałbym, aby wzięli do serca to, co mówię. Na górę jest łatwo wejść, gorzej się na niej utrzymać. Ja miałem trochę szczęścia, trochę umiejętności. Trzeba nad sobą pracować, trenować, nie odpuszczać żadnych treningów. Skupić się tylko na jednym, żeby później czerpać z tego korzyści.  Ja chciałem zrobić troszkę na odwrót, niestety nie udało się. Teraz czerpię korzyść z grania w piłkę w inny sposób, nie myślę już o futbolu na poziomie profesjonalnym jak kiedyś. Starsi koledzy mówili mi, abym wziął się do roboty. Byłem przekonany o tym, że dam sobie radę. Okazało się, że jednak mama czy starsi koledzy mieli rację, no niestety..

A więc, co poszło nie tak?

Przede wszystkim to moje lenistwo było największym minusem w mojej osobie. Dużo osób powtarzało mi, że mam mocne papiery na granie, ale muszę dołożyć pracę. Po tych słowach był tydzień lub dwa, gdzie się przyłożyłem, a później brakowało tej pracy nad sobą. Szybko osiągnąłem dobre warunki fizyczne, które pomagały mi w moim roczniku, ale jednak, aby wejść na poziom seniorski było potrzeba jeszcze więcej tej wspomnianej pracy. Lenistwo to słowo klucz mojej nieudanej bajki.

Nigdy nie miałem okazji zapytać o to żadnego zawodnika. W ostatnich czasach sporo się o tym mówi. Strasznie ciekawi mnie Twoje wejście jako bardzo młodego zawodnika do szatni Korony. Wcześniej zapewne, znałeś, podobnie jak ja, niektórych zawodników tylko z Football Managera (śmiech). Jak to wyglądało?

Miałem trochę takie ułatwienie, mieszkając w internacie, dzieliłem pokój z Marcinem Cebulą, który, tak na marginesie, był najlepszym zawodnikiem, którego widziałem na oczy i do dzisiaj tak uważam. Gość ma taki talent! Grałem w kilku klubach, widziałem „paru” zawodników,  ale takiego piłkarza jak „Cebulka” nie widziałem.  Po pewnym czasie razem z 24-letnim obecnie zawodnikiem Rakowa Częstochowa oraz Michałem Przybyłą wynajęliśmy mieszkanie.  Oni pierwsi zaczęli pukać do drzwi pierwszej drużyny. To była też moja motywacja po części. Na co dzień obcuję z tymi chłopkami, oni byli w „jedynce”, ja też chciałem być razem z nimi. Współlokatorzy ułatwili mi to wejście. Od razu poznali mnie z innymi zawodnikami, gdzie również, poza zajęciami, spędzali razem czas, na wspólnych posiłkach, czy też klasycznie na 'fifię". Moim ojcem na wejściu był Kamil Sylwestrzak, którego również pozdrawiam. Wziął mnie pod swoje skrzydło, usiadłem obok niego w szatni. Dlatego ciężkiego początku w szatni nie miałem, „moi ludzie” obeznali mnie.

Z tego co wiem, ogromną rolę przy wprowadzaniu młodych zawodników do zespołu odrywał Aleksandar Vukovic. Również trafiłeś pod jego skrzydła?

Oj tak. W momencie gdy wchodziłem do pierwszej drużyny, to Serb został asystentem trenera "Pachety". Oczkiem w głowie byłego już trenera Legii byli właśnie młodzi adepci. Cały czas spoglądał na nas,  kiedy zasługiwaliśmy na pochwałę to chwalił, kiedy trzeba było zebrać opieprz to nas opieprzy. Pełnił w tej drużynie super rolę.

Wiem, że ten wywiad będzie cieszył się sporym zainteresowaniem i przeczyta go spora rzesza kibiców, ale chciałbym od Ciebie wyciągnąć kilka ciekawych sytuacji związanych z Twoim pobytem w Kielcach. Oczywiście, takich, które możesz zdradzić...

Miałem takie historie mieszkając w internacie. Nudziło nam się, mnie jakoś do nauki nie garnęło za bardzo. Zdarzyło mi się podpalić podłogę w bursie, po czym zostałem wyrzucony. Przeniesiono mnie do dzieci głuchoniemych, to pomogło mi nabrać dystansu do ludzi. Mam wszystko i nie potrafię tego uszanować, a takie osoby mają bardzo ciężko, a potrafią odczuwać jeszcze większą radość z życia niż ja. Także to zawdzięczam trenerowi Wilmanowi, bo to on mnie tam umieścił. Co jeszcze..hmmm

Turniej Coca-Cola Cup rozgrywany tutaj w naszych okolicach. Mieszkaliśmy razem z Karolem Angielskim w jednym pokoju. Zawodnika Radomiaka też serdecznie pozdrawiam. No i też dziewczyny miały turniej w tym samym czasie. Trener zabronił nam opuszczać swoje miejsca po godzinie 22. Tak się złożyło, że piłkarki były zakwaterowane tuż obok. Z Karolem byliśmy głodni wrażeń, dziewczyny trafiły do naszych łóżek. Oczywiście do niczego nie dochodziło, oglądaliśmy tylko filmy. Ale wyszło tak niefortunnie, ktoś nie domknął drzwi i szkoleniowiec nas nakrył (śmiech). Oczywiście chciał nas wyrzucić z tego turnieju, ale skończyło się tylko na groźbach. Dużo miałem takich wpadek, miałem bardzo ciekawe życie w Kielcach. Spore grono osób nabrało do mnie takiej sympatii, zobaczyli, że jestem takim pozytywnym świrem. Zaprzyjaźniłem się z pewną grupą osób i nasze relacje bardzo fajnie wyglądały.

Wróćmy jeszcze do osób z którymi dzieliłeś szatnię.  Jedną z tych osób był Paweł Golański, jeden z  architektów zwycięstwa nad Portugalią (2:1) w 2006 roku. Jak wspominasz tego zawodnika?

Jak przychodziłem do szatni to na początku zwracałem się do niego per pan. Wiedziałem, że to jest taki piłkarz, że czapki z głów. Od razu skrócił dystans, oznajmił, że jesteśmy teraz kolegami z drużyny. Paweł był bardzo pomocny, jak chciałem się wypożyczać to przede wszystkim szedłem do niego z prośbą o radę. Piłkarsko? Ułożona prawa noga, perfekcyjne dośrodkowania i stałe fragmenty. Ten słynny występ przeciwko Cristiano Ronaldo to nie przypadek. To jaki miał charakter na boisku i jego podejście zarówno do młodszych graczy, jak i do starszych, jak próbował rządzić drużyną. Teraz ja staram się przekładać to na Sonę. Od Pawła można było brać nie łyżeczką, ale garściami.

Poruszyłeś temat podejścia do młodych. Kogo wyróżniłbyś w swojej obecnej drużynie?

Chciałem powiedzieć żadnego, ale bym skłamał. Przychodząc do Sony z miejsca rzucił mi się w oczy Kuba Borek. Obrałem sobie go na cel. Ale okazał się później strasznym leniem, nie trenował. Następnie nie wiem skąd pojawił się Igor Siek, który w ostatnich meczach jest rewelacją w naszej drużynie. Uważam, że w tym momencie ma największy potencjał. Zawodnik urodzony w 2005 roku, ale nie widać po nim tego kompletnie w ligowych starciach. Jak będzie nadal tak podchodził do sprawy, to na pewno zagra wyżej niż obecnie.

W przygodzie, o której rozmawiamy, nie obyło się bez trenerów, którzy mieli ogromny wpływ na Twój rozwój. Komu najwięcej zawdzięczasz?

Nie bierzemy pod uwagę trenera Kaczora (śmiech). Wymienię dwóch. Był to trener Pełka i trener Wilman. Pierwszy z nich nauczył mnie takiego podejścia mentalnego. To był gość, który nigdy nie pękał. Uczył nas, że może nam zabraknąć techniki, szybkości, ale nigdy charakteru. Zaś przygotowanie czysto piłkarskie, myśl taktyczną zawdzięczam drugiemu z nich. To oni zostawili największy ślad na mnie. Chociaż miło też wspominam trenera Pachetę, czy Bartoszka, chociaż krótko z nimi współpracowałem.

Nie żałujesz tego, jak to wszystko się potoczyło?

Oczywiście, że żałuję. Nieprzypadkowo tam się znalazłem. Nieprzypadkowo tyle lat tam byłem. Nieprzypadkowo wzbijałem się po tych wszystkich szczeblach. Teraz jak już dorosłem i rozumiem pewne rzeczy trochę inaczej to pluje sobie w brodę. Teraz powinienem wziąć się w garść i zapomnieć o tym, wyciągnąć wnioski i iść do przodu. Ale tak jak rozmawialiśmy, dałem kilka wskazówek i mam nadzieję, że młodzi nie popełnią tych moich błędów.

W Kielcach od dłuższego czasu nie dzieje się dobrze. Ściągani przypadkowi zawodnicy bez większego potencjału. Zawodników szuka się również w Internecie. Czego jak czego, ale charyzmy nie można im odmówić. Wiesz do czego zmierzam?

Mówisz o tej historii z Nikonem Jevticiem... Piłkarz, który zmienił sobie sam nazwisko na El Maestro. W filmikach na Youtube robił niesamowite rzeczy. Vanja Markovic opowiadał, że w Serbii był największym talentem znajdującym się  w notesach największych skautów Europy. Po przyjściu do Korony niewiele zostało z tych filmików. Wydaje mi się, że w Sonie miałby się ciężko przebić.

Przychodzi mi na myśl jeszcze jeden zawodnik. Gość przyszedł do nas z Kazachstanu - to Siergiej Chiżniczenko. W swojej ojczyźnie był mega gwiazdą. Nawet na butelkach niektórych napojów u nas w kraju pojawia się Messi, tam widniał właśnie ten rosły napastnik. Przez cały roczny pobyt w Koronie strzelił jedną bramkę. Poza tym, że miał ciekawy styl i fajnie się ubierał, to nic nie wniósł do szatni.

Ja z Twoich opowieści pamiętam jeszcze jednego zawodnika rozpoznawalnego na Starym Kontynencie. Mam na myśli byłego gracza Starej Damy. Piłkarz z nieprawdopodobnym CV jak na naszą kochaną ligę. Jak go wspominasz?

Spójrz na jego CV:  Juventus, AS Monaco, w tamtym czasie bardzo mocne AJ Auxerre oraz występy w barwach reprezentacji Francji. Mój angielski nie był super, chociaż z czasem dokształcałem się w tym kierunku. Przed jednym z treningów siedziałem właśnie obok Oliviera (Kapo - red.) i pozwoliłem sobie zapytać o najlepszego piłkarza, z jakim miał przyjemność grać. Bez chwili zastanowienia stwierdził, że był to Zinedine Zidane. W momencie odbiłem piłeczkę i zapytałem o przeciwieństwo, o najgorszego. Usłyszałem „You know how is David Trezeguet?”. Wziął piłkę i zaczął podbijać piszczelem. Próbował mi wytłumaczyć, ze słynny Francuz był najbardziej drewnianym piłkarzem, jakiego widział na oczy. Jak stwierdził, miał nosa do strzelania bramek, ale piłkarsko był mega „drewniakiem”.

Najlepszym piłkarzem, z jakim grałeś okrzyknąłeś Marcina Cebulę, czy był ktoś jeszcze kogo możesz wyróżnić?

Michał Janota, chyba każdy kibic w Polsce zna popularnego „Jerrego”. Grając zawsze w 'FM`a' za każdym razem pozyskiwało się spośród polskich talentów naszego pomocnika. Miałem okazję poznać go u siebie w mieszkaniu. Jak wspominałem, mieszkałem z chłopakami z pierwszej drużyny, a Michał odwiedził nas, aby pograć na konsoli. Pamiętam, że jak wychodził, to jeszcze chciałem autograf od niego (śmiech). Po kilku tygodniach dzieliłem z nim szatnię i jeździłem z nim na treningi. Tak świat potrafi się szybko obrócić. Bajeczna technika i niesamowity balans ciała. Na zajęciach graliśmy przeciwko sobie to wkręcał w ziemię, oj wkręcał.

Ostatnio oglądałem jego występ u Kuby Polkowskiego i Łukasza Wiśniowskiego w Foot Trucku, został okrzyknięty największym zmarnowanym talentem ostatnich lat. Mateusz Klich porównał go do Messiego. Wojtek Szczęsny stwierdził, że w naszym kraju nie było takiego talentu.

Ale on nam cały czas powtarzał – „ Młodzi Wy jesteście fajni, macie ten talent tylko musicie pracować. Zostawcie te popularne dziewczyny i to wszystko co mało ważne, a zajmijcie się robotą”. Ale Jerry był takim śmieszkiem, więc nie braliśmy sobie jego słów do siebie. Gość miał naprawdę rację, bo miał wtedy 24 czy 25 lat, czyli był w moim wieku i już to zrozumiał. Już grał na fajnym poziomie, w Ekstraklasie, a mógł być w najlepszych klubach Europy. Będąc w słynnej szkółce Feyenoordu, zaliczał się na największych talentów swojego rocznika w Europie.

Dziękuję za rozmowę i życzę zdrowia, bo w życiu każdego sportowca to kluczowa kwestia.

Również dziękuję i zapraszam na mecze do Nowego Miasta.

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (6)

ciekawyciekawy

3 0

przecież ma dopiero 24 lata, Gołaszewski zrobił karierę w wieku 32 lat... czemu nie próbuje jeszcze swoich sił w wyższych ligach? skoro jest taki dobry? 16:53, 24.11.2020

Odpowiedzi:1
Odpowiedz

lukiluki

1 0

Może słowo klucz, którego Maciek sam używa w wywiadzie "lenistwo":)

Chłopak jest naprawdę dobry w tym co robi. Jeśli tylko głowa zagra jak trzeba to jeszcze "odpali". 20:24, 24.11.2020


słowniksłownik

3 3

a co to są pieniążki?? jest taki wyraz? 16:59, 24.11.2020

Odpowiedzi:3
Odpowiedz

......

3 3

Dla mniej inteligentych „pieniążki” to pieniądze mówiąc zdrobniale 17:05, 24.11.2020


Janusz byznesuJanusz byznesu

3 0

Ja na ten przykład wolę określenie: "piniendze". 18:51, 24.11.2020


Do tych bardziej intDo tych bardziej int

3 0

Pieniążki, rączki, piłeczka... czego tu wymagać 19:26, 24.11.2020


REKLAMA
0%