Zamknij
REKLAMA

Zaklęty krąg [Legia i cała reszta…]

20:16, 27.10.2021 | D.Z.
Skomentuj [fot. sport.se.pl]
REKLAMA

Kojarzycie tego mema z pieskiem, który siedzi spokojnie przy stole w pokoju całym w płomieniach, powtarzając „This is fine”? Tak mniej więcej wygląda w tej chwili sytuacja w Legii Warszawa. Po 399 dniach Dariusz Mioduski podziękował kolejnemu szkoleniowcowi. Już szóstemu w swojej prawie 5-letniej kadencji. Karuzela ruszyła ponownie. 

Po zapewnieniu sobie mistrzostwa Polski w kwietniu, godnej postawie w eliminacjach europejskich pucharów i wreszcie po awansie do fazy grupowej tychże pucharów, kosztem znacznie bogatszej i silniejszej Slavii Praga wydawało się, że wreszcie w Legii doszło do sytuacji, gdzie przerwany zostanie coroczny cykl wywalenia trenera na zbity pysk w sierpniu/wrześniu. Niestety, nowa świecka tradycja przy Ł3 została podtrzymana i po nieco ponad roku pracy architekt niedawnych sukcesów drużyny został bez żalu pożegnany. Żeby była jasność – dla mnie jako kibica, z może niewielkim, bo 10-letnim stażem to co się wyprawiało do tej pory w lidze jest nie do pomyślenia, ale dlaczego w tym klubie wiecznie musi być tak, że za boiskową degrengoladę ma odpowiadać tylko trener? Niestety w Legii to jest norma, że w chwili dojścia do pewnego rodzaju ściany, ogon zaczyna machać psem i jest już jasne, że zmiana na trenerskim stołku staje się nieunikniona. Tym bardziej, jeśli szkoleniowiec nie ma żadnego wsparcia ze strony swojego prezesa. 

Nie jest tajemnicą, że Dariuszowi Mioduskiemu bardzo nie spodobało się to, że Czesław Michniewicz latem tego roku potrafił dość wyraźnie zasugerować w mediach, że nie jest zachwycony polityką władz klubu w kontekście wzmocnienia składu. Rozpoczynając przygotowania do nowego sezonu i przede wszystkim rywalizacji w eliminacjach Ligi Mistrzów miał do dyspozycji 13, 14 zawodników. Już wtedy w pewnych kręgach pojawiły się głosy, że jedno przysłowiowe „potknięcie” i czas trenera się skończy. To wszystko zostało potraktowane jako obraza majestatu. Kolejne transfery „in” oraz dobre wyniki i ostateczny awans do fazy grupowej Ligi Europy po naprawdę dobrej grze spowodowały, że relacje na linii trener – prezes nieco się ociepliły, ale niesmak pozostał, szczególnie po stronie tego drugiego. 

Z perspektywy czasu nie można jednak ocenić z całą stanowczością, że klub dał trenerowi wszystkie „narzędzia” do pracy, jak to określił Pan Mioduski. W lutym 2021 roku Michniewicz wymyślił sobie grę z trójką stoperów i wahadłowymi. I to zadziałało. Do końca sezonu Legia rozegrała 17 spotkań, wygrywając 11, 5 remisując i notując jedną porażkę i 28 kwietnia została mistrzem Polski. Co zrobiono latem? Odeszli Wszołek i Vesović, czyli bezpośredni rywale do gry na prawym wahadle, gdzie został tylko Juranović, którego sprzedano w sierpniu. W jego miejsce sprowadzono Szweda Johanssona, który ma zupełnie inną charakterystykę niż jego chorwacki poprzednik, a dodatkowo szybko złapał kontuzję. Pół roku bez zmiennika był lewy wahadłowy Mladenović, a w końcu sprowadzono Ribeiro, który nie grał przez 3 miesiące, po dwóch tygodniach fizycznie się rozsypał i nie był w stanie podjąć rywalizacji z Serbem, który nie był nawet w połowie swojej dyspozycji z poprzednich rozgrywek. Nie bez znaczenia była kontuzja Kapustki, który napędzał całą grę środka pola. Pod jego nieobecność szkoleniowiec zastąpił go Josue, który jest jednak zawodnikiem o całkowicie innych atutach i zdecydowanie mniejszej dynamice. Nie zadbano też o mocniejszą obsadę bramki, bo po urazie Artura Boruca okazało się, że Cezary Miszta nie jest gotowy na to, aby wskoczyć między słupki, prezentując odpowiedni poziom na tu i teraz. Fajnie, że Legia wydała rekordowe jak na swoje warunki pieniądze, płacąc Dinamu Zagrzeb 1,3 mln euro za Kastratiego, fajnie że sprowadziła ciekawego faceta do środka pola, jakim jest Charatin, tylko że to były transakcje wykonane w ostatniej chwili. Z zespołu, który Michniewicz zbudował na miarę mistrzostwa kraju zostały zgliszcza. Tu trzeba było budować wszystko od nowa. Nie da się utrzymać określonego poziomu, jeśli co pół roku musisz ulokować w składzie 3, 4 nowych ludzi, bo nikt mi nie powie, że w 3 miesiące trener zapomniał, jak kierować drużyną. 

Żeby nie było jednak za słodko, to łyżka dziegciu też się należy. W pewnej chwili można było odnieść wrażenie, że Czesław Michniewicz zbytnio żył tym, co było w poprzednim sezonie, próbując na siłę dalej forsować to, co już nie funkcjonowało. Bo nie funkcjonował Mladen, który zaczął łapać więcej żółtych kartek niż notował udanych zagrań, nie funkcjonował atak z Pekhartem, który przestał strzelać w nawet najprostszych sytuacjach i nie funkcjonowała taktyka z wahadłami, do której nie było wykonawców. Za dużo było też wspominania o Bartoszu Kapustce – o tym, że go brakuje, że jest to chłopak, który świetnie zdobywa przestrzeń, jest kreatywny etc. Pod koniec lipca okazało się, że Kapustki nie będzie przez 8-9 miesięcy i należało się z tym pogodzić i pracować na materiale takim, jaki się ma. A nie jest on tak słabej jakości, jak pokazują ostatnie wyniki. 

Po meczu w Gliwicach napisałem, że było mi Michniewicza autentycznie żal. Każdy zna styl jego pracy podczas meczu, a tu widać było totalne zrezygnowanie. Wiedział już, że przegrał przede wszystkim z szatnią, co oczywiście ma bezpośredni związek z karami jaki nałożył na tzw. grupę bankietową, jak szumnie nazwano ją w mediach. Może 50% tych prasowych rewelacji jest nieprawdziwych. Może. Ja nie wierzę jednak, że szkoleniowiec wyciągnął konsekwencje za nic i nie dochodziło do nadmiernego spożywanie wyskokowych trunków. Narracja narzucona pośrednio przez klub, w osobie dyrektora sportowego, jakoby nie było żadnych sygnałów o niesportowym prowadzeniu się piłkarzy i sugerowanie samych zainteresowanych, że trener szukał kozłów ofiarnych jest tak absurdalna, że za chwilę okaże się, że to nie zawodnicy pili, tylko trener i to on leżał nieprzytomny w swoim pokoju w LTC, a odsunął ich od składu, bo nie chcieli mu polewać.

Dopóki trener w Legii Warszawa nie będzie miał w takich sytuacjach poparcia ze strony prezesa/właściciela, który powie – trener jest tu szefem i wyznacza zasady, a komu się nie podoba może zwijać manele – dopóty takie sytuacje będą się powtarzać. Markowi Gołębiewskiemu, który zalicza skok na głęboką wodę, życzę jak najlepiej. Z dwojga złego wolę, aby trenerem był facet, który chodził w młodości na stadion i dopingował klub jako kibic, niż kolejny wynalazek typu Jozak. To wszystko nie prowadzi jednak do niczego dobrego. A kwitując postępowanie Dariusza Miduskiego, można sobie zanucić piosnkę braci Cugowskich - Zaklęty krąg, rysuję znów, biegnę donikąd, śladem moich stóp…

(D.Z.)

dziennikarz

Dawid Ziółkowski

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (2)

Bęcwał Bęcwał

0 0

Panie, leję na tę Ległą. Jak i na całą polską piłkę. Naszym kopaczom brak wyszkolenia technicznego, brak umiejętności kreowania gry, jest tylko wycofanie do bramkarza/obrońcy i długa laga na napastnika. No i regularne wp... dol od amatorów z Gibraltaru, Armenii czy Estonii... Panie, tu nie ma co oglądać. 20:55, 01.11.2021

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

golgol

0 1

ale felieton....o czym i dla kogo? 22:36, 06.11.2021

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

REKLAMA
0%