Zamknij
REKLAMA

Marta Szymańska - 'Piekło Alei Szucha. Marzec 1943, Warszawa'

16:42, 02.03.2021 | Dodał D.T.
Skomentuj Marta interesuje się wszystkim, co związane jest z historią, zwłaszcza z II wojną światową. Czyta i ogląda wszystko, co dotyczy tej tematyki [Foto: zbiory prywatne]
REKLAMA

(...) Kiedy się obudziłam, nadal byłam na Szucha. Musiałam zemdleć, bo przez ułamek sekundy poczułam ulgę. Kolejna fala bólu zalała moje ciało, kiedy wylali na mnie wiadro lodowatej wody, aby mnie docucić. Cały czas myślałam o tym, co na Pawiaku przechodzi mój ojciec. Ile cierpienia musi przeze mnie przeżywać (...) - to tylko jeden z poruszających fragmentów opowiadania Marty Szymańskiej, uczennicy VIII klasy Szkoły Podstawowej nr 2 w Płońsku, które młoda autorka zatytułowała ''Piekło Alei Szucha. Marzec 1943, Warszawa"'. Ta historia widziana oczami 15-letniej płońszczanki już na naszym portalu.

Przez wojnę powoli tracę wiarę w ludzi. Jak cierpienie innego człowieka może wzbudzać u nich satysfakcję i wywoływać szeroki uśmiech na twarzy? Od września '39 roku w całej Polsce wylały się strumienie krwi Polaków, Żydów, Romów, a tylko kilka kropel tej szkarłatnej cieczy należała do nazistowskich, zdehumanizowanych istot, tych niemieckich potworów. Łapią, katują, wywożą, zabijają. Najgorsze są tortury. Tam, w Alei Szucha zginęło tyle niewinnych cywilów, często nie zaangażowanych w konspirację. Cierpienie tych ludzi, być może nawet przyjaciół, znajomych jest niewyobrażalne.

Tego dnia obudziło mnie pukanie - ale to nie było zwykłe pukanie. Było oczywiste, że to gestapo, bo godzina 5:00 nie wskazywała na przyjacielską wizytę, zwłaszcza, że nadal trwała godzina policyjna. Podniosłam się z łóżka i najszybciej jak potrafiłam schowałam pod materac broń, która znajdowała się w moim posiadaniu od grudnia '42 roku, czyli od początku mojej działalności w Armii Krajowej. Najlepsza kryjówka to nie była - podczas rewizji Niemcy przetrząsają wszystko, dosłownie. W ostatniej chwili udało mi się ułożyć pościel jak gdyby nigdy nic, a potem usłyszałam tylko otwierające się z hukiem drzwi. Ustawiłam się razem z ojcem jak na rozstrzelanie i tylko patrzyłam, co robią gestapowcy. W głębi duszy modliłam się, aby nie znaleźli nic co mogłoby pogrążyć mnie i co najgorsze mojego tatę, który co prawda nie dowiedział się tego ode mnie wprost, ale podejrzewał, że aktywnie działam w konspiracji. Po 10 minutach tego wszystkiego, stało się coś czego obawiałam się najbardziej - znaleźli ulotki antynazistowskie. - Mówisz po niemiecku? - zapytał jeden z nich, oczywiście w swoim ojczystym języku, na co ja pokiwałam tylko twierdząco głową - pójdziesz z nami. On też - dodał. Wyprowadzili nas na dziedziniec kamienicy trzymając za ramię tak mocno, jakby się bali, że im uciekniemy. Mnie wsadzili do prywatnego auta, a tatę do więźniarki, która pojechała w przeciwną stronę niż mercedes, którym jechałam ja. Oznaczało to tylko, że kierunek, w którym zmierzał ten samochód to siedziba warszawskiego Gestapo. Ojca, w takim razie wywieźli od razu na Pawiak. Jechaliśmy dosyć długo, ale kiedy już dojechaliśmy, poczułam jakby świat się dla mnie zatrzymał. Przed oczami dosłownie przeleciały mi wszystkie momenty mojego życia. Przecież stąd nie ma wyjścia - pomyślałam. Przypomniałam sobie moich najlepszych przyjaciół - Alka, Janka, Tadeusza, moją świętej pamięci Mamę, która nie doczekała tego piekła, moich dziadków, do których uwielbiałam przyjeżdżać na wakacje, gdy byłam mała. Dotarło do mnie, że już nigdy ich nie zobaczę, nie pośmieję się z Tadkiem z przekomarzań Alka i Janka, nie odwiedzę rodzinnej wsi. Ale to nie to było w tym wszystkim najgorsze. Mój tata, który nic złego nie zrobił, był tylko zwykłym cywilem, teraz przeze mnie cierpi. Jaka córka potrafi zgotować swojemu ojcu takie piekło?

Zaprowadzili mnie do jakiegoś gabinetu, gdzie czekało tam dwóch gestapowców. Byli może w wieku mojego taty, a w ich sercach zdążyło zrodzić się tyle nienawiści do nas, Polaków, a przecież my tylko chcemy wolności. Coś w tym złego? Chwilę po tym jak obcięli mi włosy, zaczęło się przesłuchanie. Miało ono to do siebie, że nie przedstawili mi nawet zarzutów.

- Zadam ci trzy pytania, jeżeli na nie odpowiesz zgodnie z prawdą, być może opuścisz te mury cała, jeżeli nie, trochę z nami posiedzisz - wyjaśnił po niemiecku, szyderczo się przy tym uśmiechając. - Rozumiemy się?

- Tak - odpowiedziałam twardo.

- Dobrze, więc należysz do Szarych Szeregów, tak?

- Nie wiem, co to są Szare Szeregi.

- Powtórzę, należysz do Szarych Szeregów, a twój pseudonim to "Ala", zgadza się?

- One nie istnieją od lata 1939 roku.

- Zabawne, inny polski bandyta twierdzi, że od września - zaśmiał się drugi z nich. Nie odpowiedziałam na żadne kolejne pytanie zgodnie z prawdą. Przysięgałam zachować tajemnicę i walczyć aż do ofiary życia mego i zamierzam dalej trwać w tej obietnicy. Nie wydam żadnego z moich przyjaciół, nie skażę ich na takie tortury. Nie zrobiłabym tego nawet największemu wrogowi. W przerwie między przesłuchaniami, kiedy jeden z tych mężczyzn wychodził do innego pomieszczenia, słyszałam krzyki innego więźnia, zupełnie nieświadoma, że należą do Rudego, naszego Rudego wiecznie uśmiechniętego przyjaciela. Wreszcie przyprowadzili trzeciego gestapowca, tego który miał rozwiązać mi język. Oboje byli wyraźniej szczęśliwi, bo miały wylać się kolejne krople polskiej krwi. Tak zaczęło się bicie. Pierwsze uderzenie, zadane w brzuch było najgorsze, potem seria następnych. Piekący ból przeszywał moje ciało na wskroś. Bolał mnie każdy jego milimetr. Bili wszystkim co mieli pod ręką, począwszy od grubego, drewnianego kija, skończywszy na małym scyzoryku, którym rozcinali mi skórę na twarzy, rękach i nogach. Skroń przypalali papierosami, a na ramiona wylewali wrzątek. Przy każdym kolejnym czułam ulgę, jakkolwiek głupio to zabrzmi Pocieszał mnie fakt, że z każdą sekundą jestem bliżej śmierci, która zakończy to. Katowali mnie do końca dnia ich pracy, skończyli chwilę przed piątą po południu, potem zostałam przewieziona na Serbię na Pawiaku, gdzie obejrzał mnie lekarz, również więzień. Tam dowiedziałam się o moim krytycznym stanie i o tym, że na obecną chwilę zostały mi może trzy dni życia. Szczerze mówiąc, ucieszyła mnie ta wiadomość. Nie miałam siły mówić ani chodzić. Czułam się, jakby odcięli mi nogi i ręce. A może rzeczywiście tak było? Nie wróciłam na noc do celi - mój stan na to nie pozwalał. Moją głowę zajmowały myśli o śmierci, tak bardzo chciałam, żeby ona już przyszła.

Następnego dnia, z samego rana zapakowali nas do więźniarki. Kątem oka zobaczyłam, że nie tylko ja leżę na noszach. Był jeszcze jeden - młody mężczyzna, na pierwszy rzut oka wydał mi się znajomy, ale nie mogłam mieć pewności, kiedy wzrok odmawiał mi posłuszeństwa. Bałam się. Strach pożerał mnie od środka, ale nie mogę się złamać. Muszę być silna - dla przyjaciół i ojca. Dla nich wytrzymam, dla nich to zrobię.

Kiedy już dojechaliśmy, inni więźniowie, będący w lepszej kondycji fizycznej i mający najwięcej siły za wszystkich, wyjęli mnie i tego chłopaka i zanieśli do sal tortur. Słyszałam tylko szepty współczucia innych, zagłuszone przez pospieszanie ich przez gestapo.

- Witamy ponownie - przywitali mnie ironicznie - mam nadzieję, że przemyślałaś sobie wszystko i dzisiaj będzie nam się lepiej współpracowało - zaśmiał się jeden z gestapowców. Brzydził mnie ich widok, byli wszędzie, a nikt ich nie zapraszał. Milczałam, nic nie mówiłam, co wyraźnie doprowadziło ich do szału. Słyszałam jak wyjmują coś ciężkiego i stawiają to na biurku. - Poznajesz kto jest na tych zdjęciach? - zapytał, pokazując mi fotografię, na której jestem ja z Alkiem, a później kolejne - tym razem gdzie jesteśmy wszyscy czworo. - Nie - odpowiedziałam krótko, a on skinął głową do swojego towarzysza, aby mnie podniósł i posadził na krześle przy biurku. Kazali mi położyć dłonie na blacie i przystąpili do łamania moich palców jakimś ciężkim przedmiotem. Moje krzyki najwyraźniej dało się usłyszeć na korytarzu, bo zaraz zleciała się chmara sekretarek. Myślałam, że są już do tego przyzwyczajone, po czterech latach wojny. Ale nie obchodziło mnie to. Ból był zbyt ogromny, abym mogła czuć coś poza nim. Wolałabym zginąć od kuli, wtedy byłoby bohatersko - jak prawdziwy żołnierz.

Kiedy się obudziłam, nadal byłam na Szucha. Musiałam zemdleć, bo przez ułamek sekundy poczułam ulgę. Kolejna fala bólu zalała moje ciało, kiedy wylali na mnie wiadro lodowatej wody, aby mnie docucić. Cały czas myślałam o tym, co na Pawiaku przechodzi mój ojciec. Ile cierpienia musi przeze mnie przeżywać. To moja wina, tak, oni mają rację, należy mi się. Jestem tylko bandytą. Mogą mnie katować, nawet do śmierci, ale nawet przestępca jest wierny swoim towarzyszom. Śmierć jest lepsza od zdrady bliskich.

Nareszcie koniec dnia roboczego Niemców. Dzisiaj skończyli ze mną wcześniej, niż mogłam się tego spodziewać. Zapakowali mnie do samochodu, a obok mnie znowu leżał ten chłopak, dziś jeszcze bardziej pobity niż wczoraj. Jakie jeszcze nieludzkie katusze przejdziemy, zanim przyjdzie wieczne ukojenie? Ile litrów krwi wyleje się jeszcze na te przerażająco idealne korytarze siedziby Gestapo? Ile istnień pochłonie jeszcze ten piekielny budynek? Takie myśli zajmowały moją głowę w przerwach między rozmyślaniem nad moim nieodwracalnie przypieczętowanym losem.

Ulica Długa - połowa trasy już za nami. Wiem to z szeptów niemieckich żandarmów, siedzących na tyłach i pilnujących, abyśmy na pewno dojechali do więzienia w komplecie. Ich rozmowę przerwały strzały. Gdyby nie fakt, że ci dwaj mocno się tym przejęli, a samochód gwałtownie się zatrzymał, pomyślałabym, że to łapanka. Chwilę potem zobaczyłam, że ktoś otwiera tył więźniarki i krzyczy, że Rudy tu jest. Ten głos był mi znany i taki kojący. Za wszelką cenę chciałam rozpoznać jego właściciela, jednak wszystkie moje starania szły na marne. Młody chłopak z trudem wydostał się na ulicę, nie dziwię mu się, ja nie dałam rady. Zanim jednak jego przyjaciele porwali go w objęcia, zdążyłam spojrzeć mu w jego duże oczy, po których od razu poznałam Rudego i wyszeptałam ciche "Janek", zanim całkowicie opadłam z sił. Oczy mi się szkliły, nie mogłam złapać oddechu, choć tak bardzo chciałam. Bliska śmierci, zdołałam jeszcze, jakby z daleka usłyszeć kawałek rozmowy trzech chłopaków.

- Tadeusz, to "Ala", ona tam jest - wyszeptał cicho skatowany chłopak.

- Alek, bierzemy ją - polecił Zośka, na co drugi z nich skinął głową i posłusznie wykonał polecenie.

- Tadeusz, ona ledwo oddycha, nie przeżyje nawet godziny - powiedział wyższy blondyn łamiącym głosem, trzymając mnie na rękach.

Słabłam z każdą sekundą, aż w końcu tak krótko, a jednak długo wyczekiwana przeze mnie śmierć zabrała mnie ze sobą. Teraz pozostało mi jedynie patrzeć, jak Alek i Rudy cierpią fizycznie, a Zośka - psychicznie i czekać aż ponownie spotkamy się, tym razem w świecie bez wojen, męki i bólu.

 

Marta Szymańska

 

Tym materiałem rozpoczynamy cykl pt.: 'Młode płońskie talenty'. Jeśli Wasze dzieci, Waszym zdaniem, mają dryg na przykład do pisania, malowania, rysowania, czy wykazują się innymi umiejętnościami, a chcieliby Państwo, aby znaleźli się na naszym portalu prezentując swoją twórczość, to piszcie na [email protected], wysyłajcie prace swoich pociech z opisem, a my z wielką przyjemnością postaramy się publikować to wszystko na stronach PwS. Zachęcamy, gratulując jednocześnie Marcie przejmującego, wyjątkowego opowiadania. Prosimy o więcej :-)

(Dodał D.T.)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

REKLAMA
0%